grzeszne-mleko blog

Twój nowy blog

A następnego dnia…
Był pochmurny, sierpniowy poranek. Burzowe chmury zebrały się nad Zakopanem. Skierka i Maddin jeździli rykszą po okolicy i zostawiali na progu każdego domu słoiczki z dżemem… ale już nie szpinakowym. Ulepszonym ALKO-dżemem. I zbierali za nie opłatę pozostawianą pod wycieraczkami. Maddin brał właśnie ostry zakręt, gdy przed kołem śmignęło nagle małe, czarne, zakapturzone coś w płaszczu. Martin ryknął, szarpnął kierownicę, która się urwała i cała ryksza runęła na bok, miażdżąc jakiś kosz na śmieci. Skierka wyczołgała się z budy i zaczęła zbierać niepotłuczone słoiki. W powietrzu unosił się zapach dżemu truskawkowego ze spirytusem… Maddin próbował podnieść rykszę i przykręcić z powrotem kierownicę. Po chwili postać, która spowodowała owy wypadek minęła ich, a gonił za nią ojciec Bachleda z krzyżykiem w wyciągniętej ręce i zadartą sutanną spod której śmigały 2 czerwone adidasy z giełdy… Zaś te same… Powiewający na wietrze czarny płaszcz uciekającej postaci odsłaniał gołe, niesmaczne kształty jej ym… corpus christi… Ekshibicjonistka nawiała, a ksiądz Marcin zrezygnowany zawrócił, by pomóc rozbitkom.
- I pomyśleć, że ona uczyła mnie polskiego w budzie… – wystękał i klapnął na krawężniku.
- To wyjaśnia twoje uzdolnienia… – mruknęła Skierka i zdegustowana powróciła do babrania się w potrzaskanych, umazanych dżemem słoikach.
- Widziyliści TO?? – nad nimi stanął sierżant Przemek pokazał list gończy, na którym widniała karykatura… Tak im się wydawało. Jednak było to autentyczne zdjęcie z kroniki szkolnej, a przedstawiało ryło nauczycielki polskiego i podpis „WANTED dead or alive (better dead)”. – Mńy tyż uczyło… I tykie skytki… – westchnął policjant.
- Tam pobiegła. – wskazali palcami na ciemny las.
- Mugłem siem spodziwać… – pobiegł we wskazanym kierunku wrzeszcząc coś po niemiecku do krótkofalówki.
Marcin Bachleda niepostrzeżenie się zmył, a para w składzie Ania i Martin podnieśli pojazd i potoczyli go do domu.

Niespełna dwie godziny później naprzeciwko ‘Bachledówki’, przed posterunkiem zaparkował radiowóz. Alex wyjęła kluczyki ze stacyjki, wysiadła i otwarła drzwi z tyłu. Przemek wykopał z auta ekshibicjonistkę zapakowaną w biały kaftan z za długimi rękawami…
Sierżant dokonał rytuału fotografowania pojmanego więźnia, a następnie podniósł ją do góry za węzeł rękawów na plecach, rozkołysał i rzucił do celi. Ta jednak była zamknięta, Baćman wbił się w kraty, po czym odkleił się i runął na ziemię z głupawą miną… Co dość łatwo sobie wyobrazić, jeśli choć raz w życiu widziało się to na kreskówce… Chwilę później polonistka była już za kratami w towarzystwie przemiłego Bulwy skopanego przez Alex. Policjanci zasalutowali sobie po udanej akcji i wyszli z komisariatu zjeść jakiś obiad.
Nie zauważyli siedzącego w krzakach człowieka i przeszli obok gadając o czymś po niemiecku. Gdy się oddalili, Andrzej wyskoczył z krzewu dzikiej róży i wemknął się na posterunek. Stary alarm nie zadzwonił. Po kilku minutach Andrzej wyszedł spokojnie z komisariatu i ruszył na Krupówki, gdyż waśnie zbliżała się jego zmiana w sklepie muzycznym.
Po około dwóch godzinach na komisariat ściągnęło dwóch niemieckich policjantów.
- Yyy?? – sierżant wskazał palcem na celę.
Alex stanęła obok i spojrzała we wskazane miejsce. Na ścianach pełno poodbijanych krwawych śladów dłoni… Nagle jej oczom ukazały się dwie plamy krwi wielkości człowieka a pod nimi w nienaturalnych pozycjach leżeli: polonistka-ekshibicjonistka i Bulwa – niedoszły aktor. To ostatnie właśnie wydawało z siebie ostatnie tchnienie i wyraźnie bulgotało. Policjanci pochylili się nad tym, ale nic nie mogli zrozumieć. Nastąpił zgon.
***
Słońce chyliło się już ku zachodowi, a nadal nie było nic na kolację, więc rodzina Bachledów postanowiła ubić świniaka. Do tego celu Ania zamówiła swojego kolegę słynącego z destrukcyjnych umiejętności – Andrzeja.
Andi właśnie skończył pracę i nie minęło dużo czasu, jak zjawił się na miejscu dzierżąc w ręce ogromną brzytwę, którą codziennie się goli. Przeskoczył przez ogrodzenie zagrody dla świń i zaczął ganiać zwierzaki. Po chwili zagroda była już rozniesiona w pył i prosięta rozbiegły się po okolicy.
Ulicę Jagiellońską właśnie przemierzała Piggy. Różowe, futerkowe sadło wylewało jej się znad paska białych biodrówek. Pigi usłyszała dość słodki, przyjazny dla swoich uszu dźwięk. Tak, było to kwiczenie i chrumkanie przerażonych świń, za którymi biegł Andrzej śmajtający na wszystkie strony gigantyczną brzytwą. Dziołcha przestraszona na amen rzuciła się przed siebie w popłochu. Po kilku dość koślawych krokach jej obcasy uległy złamaniu pod ciężarem cielska. Pigi z hukiem runęła na deptak. Płytka chodnikowa pękła… Warchlaczki przebiegły po niej i zwiały w kierunku postoju taksówek.
- Ta jest idealna! – ryknął Andrzej i zaatakował leżącą brzytwą.
- Co tu się wyrabia? – zza zakrętu wyskoczył Andreas Küttel – O nie! Dama w opałach! Czas na TURBO TIME!! – wrzasnął, wyciągnął z torby strój supermana i zaczął gorączkowe poszukiwania budki telefonicznej. Zamknął się w jakiejś zdezelowanej i ku zdegustowaniu jakiejś dewotki wracającej z kościółka zaczął się przebierać. – Let’s party!! – zakrzyknął z podniesioną pięścią i staranował drzwi, które się… zacięły… Andi w stroju supermana zaczął się szamotać z drzwiami i z bezradnością obserwował jak Lecter dobiega do kwiczącej Piggy, unosi jej głowę za włosy i zręcznie zdejmuje skalp odsłaniając pomarańczową czaszkę (tak jej podkład przesiąkł). Po chwili zadał ostateczny cios brzytwą w krtań… Krew siknęła na ogrodzenie Bachledówki. Andrzej ucapił zwłoki i zaniósł je do kuchni.
- Co to ma być?!! – rozdarli się Adek i Kasia grający za ogrodzeniem w siatę, którzy zostali ochlapani czerwono-pomarańczowym płynem (we krwi też ma podkład).
- Nie no kruca moja trzódka!! – Marcin wybiegł z kuchni za Andrzejem – Ty sieroto spartoliłeś robotę pierunie jeden!! – ksiądz okładał łajdaka kropidłem po plecach. – Teraz je tu zagoń na zad! – rozkazał.
- Świnioki nawiołyy? – zaciekawiła się Kasia. – Ja pomoga!
- No coś ty! – zaśmiał się polski trener.
- Co chcesz? Jok Alex kiedytam pies pasterski podł, to jo osobiście jej pomogoom cieloki zagoniać! – pochwaliła się ślązaczka.
Marcin spojrzał na nią z uznaniem.
- Skoro tak to proszę bardzo! – rzekł i pokazał Mietkowi gdzie udały się prosiaki.
Kasia wydarła na ulicę, a Andi wrócił do kuchni, by pofiletować mięso i wyprawić skórę. Po chwili Miecia dogoniła konno championka western & rodeo i funkcjonariuszka policji konnej Alex Späth. A.S. złapała Kaśkę i pomogła jej dosiąść się na Furiata. Ruszyły cwałem w dół ulicy.
- Jak za dawnych czasów! – ucieszył się Mieć, zeskoczył z konia i z niepowtarzalnym rykiem zaatakował świnie.
Kiedy Alex śmigała na Furiacie między samochodami zaganiając trzodę stopniowo do Bachledówki, Mietek powalała kolejne prosiaki koło taksówek. Po parunastu minutach stadko ponownie było na posesji Bachledów.
Andrzej złożył dokładnie wyprawioną skórę i delikatnie wcisnął ją do torby. Następnie filet rzucił na patelnię. Mięcho zaskwierczało i wypłynęło z niego pół litra tłuszczu.
- Nawet nie trzeba na smalcu! – ucieszył się Andi i walnął obok jeszcze dwa filety.
- Co tak cudnie pachnie? – do kuchni wrócił Marcin i pociągnął nosem nad patelką. Od razu dostał po łapach, gdy próbował niepostrzeżenie podwędzić jeden kawałek.
- Teraz masz. – po kilku minutach Andrzej ukroił trochę i podał księdzu na widelcu.
- To jest pyszne! – zawył ojciec. – Smakuje jak… jak… no zupełnie jak ludzkie!!
- Jakie? – Andrzej zadławił się.
- Ludzkie!
- Ale to świnia…
- Jaka tam świnia! Raczej denat! Dobrze znam ten smak! – wykłócał się proboszcz.
- Eem… A skąd jeśli można wiedzieć? – morderca zadał podchwytliwe pytanie.
Marcin na chwilę się zawiesił, po czym odłożył widelec i wyszedł z kuchni. Andrzej niedowierzając wziął do ręki kilka kości, potem czaszkę… Z rykiem przerażenia rzucił nimi o podłogę. Zabijać to jedno, ale jeść to drugie! Pozbierał kości do torby, którą następnie wrzucił do rzeki koło dworca.
- Jezu! Mięso zostawiłem na patelni! – przeraził się i pomknął na zad do ‘Bachledówki’. Gdy wbiegł do kuchni, z przerażeniem stwierdził, iż mięso zniknęło… Z kąta dobiegło mlaskanie. – Tyyy?? Nie powinieneś teraz roznosić ulotek? – zagadał do Rodaka wcinającego ludzkie mięso. Ten przestał na chwilę mielić gębą i spróbował się zastanowić. Dlatego z uszu buchnęła mu para. Mózg zaczął mu się przegrzewać, więc zakończył proces myślenia i powrócił do pałaszowania. Andrzej pokręcił głową. – Ej, na posterunku mają tego mięsa więcej jakbyś chciał. – rzucił i wyszedł.
***
Gdzieś w budce telefonicznej…
- Wypuśćcie mnie stąd!!! – Andreas rzucał się w budce i próbował zwrócić na siebie uwagę ludzi dobrej woli. Bezskutecznie. Nagle usłyszał, że coś zahałasowało na podłodze za nim. Poczuł na szyi ciepły oddech. Odwrócił się i zobaczył STEFĘ!
- A na chórze to cię wczoraj nie widziałam! – usłyszał.
- Bo… bbo jaaa… – zaczął się jąkać. Pociągnął drzwi z bara, budka się przewróciła, szklane ściany poszły i Andi się wydostał. – A co pani psor tu robiła!! – wróciła trzeźwość umysłu. Ona go widziała jak się przebierał…
- Ja? Ja tu byłam jak ty wpadłeś tu sieroto! I nas zatrzasnąłeś! – zaczęła drzeć się swoim słynnym donośnym głosem.
- I widziała pani psor… jak…
- Widziałam. – puściła mu zalotnie oczko. Andi przełknął głośno ślinę i zwiał.

26

12 komentarzy

Minął już przeca tydzień od wielkiej imprezy w Bachledówce, ale wszyscy nadal mieli kaca i lenia. Bjern siedział sobie przy stole w kuchni obstawiony pustymi dzbankami po wódce (w bachledówce pije się wódke tylko w dzbankach) :) i namiętnie gapił się w przedpotopowy, czarno-biały telewizorek (bo ten plazmowy, który Marcin dostał od Rydzyka przypadkowo uległ zniszczeniu wylatując przez okno). Reszta mieszkańców luksusowego hotelu poniewierała się po pokojach i ogródku… Akurat Ber oglądał powtórkę „Mody na skoki” gdy nagle dom zatrząsł się pod wpływem kogoś przechodzącego przez korytarz, a następnie do kuchni wpadła niska, tęga starsza kobieta z natapirowanymi blond kudłami i zmierzyła Rumurena bardzo złowieszczym spojrzeniem…
- Co SIEROTO?! Dzieńdobry nawet nie powiesz! Co za brak kultury u tej dzisiejszej młodzieży!!!!
…nie zrozumiał po polsku, ale bardzo się przejął. Ze strachu wskoczył za ladę, skulił się na ziemi i udawał że go nie ma w pomieszczeniu :) no w końcu jak ktoś tak zrobi to znaczy, że go nie widać :D
Stefania nie miała już ochoty wyzywać biednego Bjerna, ręce jej opadły od tego braku kultury…
- Bachledaaaaaa! – rozdarła się na cały dom, ale nikt chyba nie usłyszał. Ksiądz poleciał z rańca prywatnym śmigłowcem do Torunia…
Postanowiła poszukać w ogródku. Otworzyła zamaszystym ruchem drzwi wejściowe, lecz napatoczyła się przeszkoda, która odleciała pare metrów w tył i leżała teraz na bruku przed wejściem trzymając się za twarz lub to co z niej zostało…
- Kantee!! Ojeeeeej nic Ci nie jest???- wzruszyła się, chciała go pogłaskac ale wykonał skomplikowany manewr po podwórku i jakoś mu się udało tego uniknąć.- Przyszłam żeby powiedzieć, że już wyzdrowiałam i że próba o 16.00 na sali w COSie. Przekaż reszcie! Obecność obowiązkowa, jak mi któryś cholernik nie przyjdzie to jestem zmuszona rzec, iż będzie miał zęby jak płot po wiejskiej zabawie. No… To widzimy sie o 16… – stwierdziła Stefania
Ville mruknął i wypluł siekacza utraconego na skutek walnięcia drzwiami.
- Co to jeeest?! – Stefa podniosła wielką reklamówkę wypełnioną kartkami papieru.
- Nieeee! – wysyczał Kantee, wyrwał jej reklamówkę i uciekł.
- Dzikus… cholernik!! – rzekła i oddaliła się z miejsca zbrodni. Ale jedną kartkę udało jej się wykraść i przeglądała to z zainteresowaniem…

W ten cudny, ale nieco deszczowy i burzowy poranek Aduś (trener polskiej kadry) postanowił wyjść przed Bachledówkę, poodbijać sobie piłeczkę do siaty. Natrafił na podwórku na osobę idealną aby z nią zagrać – piękną Kasię :)) która należała niegdyś do drużyny siatkarskiej, ale po założeniu rodziny (której się niedawno pozbyła x)) porzuciła ten sport. Odbijali sobie piłkę nad trzepakiem, a tu nagle pojawiła się Ania wracająca z zakupów w hipermarkecie ‘Jagna’…niosła dwie reklamówki. Uradowany Adek pacnął do niej piłeczkę. Niezbyt ucieszona Bachleda rzuciła na ziemię reklamówki z jajkami i odebrała podanie sposobem dolnym… Rozległ się dźwięk tłuczonej szyby. Okno poszło… w sąsiednim domu w dodatku. Przez dziurę w szybie wyjrzał lekko wystraszony półnagi ludzik smarujący kanapkę. Był to oczywiście Manuel Fettner.
- Ojeeeej, nic Ci się nie stało??! – przeraziła się zatroskana Ania B.
Mańkowi kanapka wypadła z dłoni i wylądowała na głowie małego Grzesia wychodzącego z domu, w celu sprawdzenia co wyrządziło taki hałas…
- No widzę, że w siatę kiepsko Ci idzie ;) [mogę Cię nauczyć słonko... nawet za darmo! No prawie... zapłatę przyjmuję wyłącznie w naturze] – skomentował Aduś
- Jakie tam kiepsko!! To był przypadek! [no przecie się nie przyznam że nie umiem grać!] – zBulwersowała się Ania
- Hmm czyli nie potrzebujesz korepetycji? [kuźwa, a ja tu już się napaliłem! I co!]
- Korepetycji? Hmmm no nie powiem. Chętnie bym sobie pograła w ramach rozrywki w czasie wolnym ;) [chociaż wolałabym inaczej z Tobą spędzać czas xD]
- No to jesteśmy umówieni :D Jutro o 12.00 w COSie na sali? [a zapłacisz mi wieczorem]
- Okej. Czekaj na mnie o 12.00… [byle nago] – Ania przewiercała [rozbierała] Adriana spojrzeniem
- Zaraz! No a jo??!! – oburzyła się Kasia
- Aaa y… No oczywiście, Ty też!! – Bachledę wyrwało z transu – I gramy obie przeciwko niemu :>
- Verdammt, czy ktoś mnie słucha??!! – rozdarło się z za płota coś małego i łysego czyli Grześ
- Nie… – odpowiedzieli wszyscy
- Pytam, kto mi wymieni teraz szybę?!!!!!! – rozwścieczona Surówka próbowała rwać włosy z głowy ale zapomniała ze ich nie posiada…
- Mój kolega ze sklepu jest szklarzem, zaraz po niego zadzwonię… – Ania zeskrobała zakupy z płyt chodnikowych i poszła zadzwonić.
Na podjeździe przy pensjonacie Grzesia zaparkował Merc z różową futrzaną tapicerką. Wysiadła z niego potężna blond Pigi z solara. Uśmiechnęła się czarująco, a przynajmniej zdaniem Grzesia był to bardzo czarujący uśmiech…sądził tak nawet pomimo że był gejem… widocznie miała bardzo męską urodę ;)
Niestety w tym momencie piorun uderzył w drzewo koło domu Surówy. Pigi zapiszczała przeraźliwie i wskoczyła mu w objęcia przewracając go. Drzewo złamało się i przygniotło jej Merca.
-Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!!!!!!!!! – zapiszczała przeraźliwie, że aż Bjernowi siedzącemu w bachledzkiej kuchni pękły szkła w okularach przeciwsłonecznych
- Już dobrze dobrze, zobacz ja mam tu taką ładną furmankę, sprezentuję Ci ją – pocieszył blondinę Grześ.
Od razu się uspokoiła i poszli razem do domu.
Wszyscy świadkowie stali jak wryci w ziemię… Niezręczną ciszę przerwał huk… to Manuel zasłabł i wypadł przez okno. Zaraz został ocucony i przeniesiony do Bachledówki.

W następnym odcinku: rzeź w domu Grzesia… i Superman

25

32 komentarzy

Około 2 tygodnie później…
- Co jest do jasnej… – Agata zerwała się z łóżka i wyjrzała przez okno zza którego doszły jej uszu wrzaski, swoją drogą jakieś znajome… – Ale no zamknąć paszcze!! Jest 6 ranooo… Nieee!! Duuchy??!! – Piru wisiała na parapecie śmajtając nogami.
- Co robisz!! – Jan złapał ją za stanik i pociągnął. – Chcesz wylecieć?!
- Ale duuuch! – Aga dalej wyrywała się do okna.
- Tak tak…. Ooona…? – Teraz Erik zawiesił się na oknie.
Pod oknem jakaś dziewczyna szarpała się z kolesiem.
- Boże! Ale ty głuupi!!! A to wszystko przez twojego ojca! Ja wiem! Jak ci się w dzieciństwie kołyska zapaliła to cię łopatą gasił! I zjeżdżaj mi stąd!
- A co ty mi możesz zrobić?!
- A z gęby origami jeszcze większe niż masz!!! Gdzie mój pistolet!!! – dziewczyna zaczęła grzebać w kieszeniach.
- Co?! Dziewczyna i broń! Haha!! Dobre!!!
- Śmiejesz się?! A pamiętasz co się stało zaraz po tym jak cię rodzice z kinder niespodzianki wydłubali??!! Przez 2 tygodnie cię zardzewiałym prętem szturchali, bo nie wiedzieli co to za szkaradziejstwo!!! Jak z tobą skończę to zaś cię będą trącać! I wierz mi! Nawet po zębach cię nie rozpoznają! – zamachnęła się i wyrżnęła mu z pięści w ryja. – I co??!! Jeszcze??!! – zasadziła mu kopa w żołądek. – Dałabym ci między nogi, ale masz tak przegniły narząd rozrodczy, że boję się że się rozwali i mi na bucie zostanie… Maddin!!! – rzuciła się stojącemu od jakiegoś czasu przy bramie bratu na szyję. – Nie zauważyłam cię!
- Alex! To ty żyyyjeeesz??!!
- A powinnam nie żyć?! Ty mnie nie lubisz już? – puściła go.
- Wszyscy myśleliśmy, że zginęłaś!
- Po co…
- Chodź do domu! Wszyscy się ucieszą.
- OK. Weź te bagaże, ja skoczę tylko na posterunek po legitymację, dobra? – Alex wydarła do sąsiedniego budynku. Otwarła z dzikim wrzaskiem zadowolenia drzwi z kopa, te po przeleceniu pół metra od czegoś się odbiły i trzasnęły ją w pysk. Po chwili drzwi się uchyliły a zza nich wyjrzał masując się po plecach sierżant Rudnicki (awansowali go przez ten czas). Gapił się przez chwilę głupio na zwijającą się na schodach personę po czym dał upust swojemu dobremu wychowaniu i pomógł owej wstać. – O! Heeeej!!! – wrzasnęła na jego widok. – Czy ja tu mojej legitymacji nie zostawiłam przed wyjazdem??! Chyba ją gdzieś posiałam… Dobrze się czujesz? Ducha zobaczyłeś czy jak? Ej, no czemu wszyscy myślą, że nie żyję?!
Rudnik dał jej opaloną legitymację.
- Teraz rozumisz? Ten wypadek… Z lawety nic nie zostało kompletnie. Dlatego myśleliśmy, że zginęłaś.
- Coo!! To było przed meczem. Anka Bachleda prowadziła! Wyskoczyłyśmy, złapałyśmy szwajcarski bus i pojechałyśmy dalej… Jeeezzus Maria… Co tu się stało?!! – Späth omiotła pomieszczenie wzrokiem.
- Ykhm… No wiesz… Pewnych rzeczy nie da się wytłumaczyć… – Przemo drapał się po głowie. – Noo… Myślałem, że nie żyjesz i zatrudniłem Risto, bo szukał pracy… Kazałem mu skombinować sobie pojazd, to on… hhmm… zaczął składać rower… Znaczy… on go robi, nie składa…
- Na MOIM biurku??!!!
- Kupimy ci nowe.
- No ja myślę!
- Ale nie każ mi go zwalniać, ok? Dobrze sobie radzi, a to, to zaraz skończy i sprzątnie.
- No to ok. Idę do Bachledów, Georg zaraz dojedzie… Idziesz?
I poleźli. Po drodze dołączył do nich mały Grześ i Morgi. W Bachledówce rozbrzmiewały akurat jakieś latynoskie rytmy zagłuszające całkowicie dzwonek (!)
- Kruca! Ile się tu zmieniło!! Dzwonek przy drzwiach! W ogóle drzwi!!! – Alex z podziwem wgapiała się w nowy nabytek góralskiej rodzinki, jakim były drzwi antywłamaniowe. Nikt im nie otwierał, więc nacisnęła klamkę. Nagle ryknął alarm. Dziewczyna o mało co zaś nie spadła ze schodów. – Niee! Nie wierzę!!! – krzyknęła z bananem na twarzy. – Rydzyk musiał maczać w tym palce!
Wrota otwarły się i wyleciał przez nie ojciec Marcin.
- Dziecko drogie miałaś racyję! Duch! – Bachleda wywinął Alexandrze wodą święconą po oczach.
- Eeeej!!! Czego?!! – Alex wykręciła mu rękę z kropidłem.
- Oj… Ona chyba jednak jest żywa… – Marcin zzezował gały i padł na ziemię.
- No ja wiedziałam, że nie mogłaś zginąć!! – Anka Bachleda rzuciła się na koleżankę.
- A gdzie męża posiałaś? – Justyna wyjrzała zza Bjørna.
- Pojechał zatankować.
W tej samej chwili na ulicy rozbrzmiały okrzyki Georga i Hocka „Goldi Poldi Halleluja!!!”.
- A im co? – Dopytywała się Justi gdy ci wpadli przez otwarte drzwi i rzucili torby pod ścianę, która… się nie zatrzęsła?
- Po miesiącu miodowym, wracaliśmy przez Oberhof, zajrzeliśmy do Hocka, a on nam powiedział o meczu w Berlinie… Pojechaliśmy oczywiście! Wygraliśmyyyy!!! – zawyła.
- Eee… a to co u licha? – Agata wskazała palcem miazgę ciorającą się po podwórku.
- Tooo?? To jest normalnie ten… nnnoo! Kruca no zaczepiał mnie jak tu szłam…
- Ten co go pobiłaś?! – włączył się Maddin, który ze szczęścia nie wydusił ani słowa do tej pory.
- Nooo, konkretnie to tak :D
- Arrturr!!! – przez hol w stronę czołgającego się jegomościa rzucił się Rodak.
- Co on tu jeszcze robi? – Alex nie wierzyła własnym oczom.
- Dobrze sobie radził i Bachledy go zatrudnili jako sprzątaczkę. – wytłumaczyła Agata.
- Swoją drogą, to ciekawe skąd się znają. Takie dwa przychlasty…
- Ciągnie swój do swego. – zaczęły brechtać.
- O nie… Ooo nieee!!! – Kasia zaczęła panikować. – Nie on!
- Boże, jego też znasz??!! – przeraziła się Anka.
- On tyż groł w tej sztuce… A wicie co najlepsiejsze?? Łyni razem na juniwerku byli!!! I razem zostali wywaleni :D – Tu Kasia skończyła wykład, bo dziewczyny niebezpiecznie szybko zaczęły zmieniać kolory lic.
- Jy si nim lypiej zyjme! – zakrzyknął policjant i wyszedł na podwórko, Mały Grześ za nim rzecz jasna. – Stój bulwo! Ręce na boki! Ryjem do ziemi! Nogi szeroko! Masz prawo zachować milczenie! Wszystko co powiesz może zostać użyte przeciwko tobie! – Rudnicki celował do tej istoty pozaziemskiej ze Smith&Wessona. Następnie z obrzydzeniem przeszukał jego kieszenie, stwierdził brak broni, wykręcił mu ręce i zakuł w kajdany. – Wstawaj! Idziemy na komisariat!
- On mówi po polskiemu? – szepnęła Alex do Justyny.
- Nooo! :D Ostro ćwiczył te formułki na Rodaku.
- Tym sprzątaczu?
- Tak.
- Rodak musiał nieźle broić podczas mojej nieobecności…
- Przecież to ulotkarz.
Dziewczyny szeptały między sobą głupio się śmiejąc, a tymczasem policjant eskortował nowego więźnia na posterunek.
- Ej, co on wyprawia? – do Bzyka i Alex podeszła Agata i wskazała palcem na Małego Grzesia.
- A pojęcia nie mam… Alex, ty jesteś Niemką to tłumacz! – Justyna męczyła koleżankę, by ta wytłumaczyła zachowanie Grzesia, który skakał głupio dookoła policjanta i cały podekscytowany ryczał do niego po niemiecku jaki to on jest wspaniały, a jaki silny i w ogóle…
- Noo… yy… Powiedzcie mi, czy ten germanista jest jakiś nietego?
- To ty nie wiesz?! On jest pedałkiem! I się kocha w sierżancie!
- To wiele wyjaśnia… Sierżancie?? Dostał w końcu awans! Więc on mówi, żee…
- Heej! – Pod ‘Bachledówkę’ zajechał wielki Ford i wysypali się z niego Oleczka i Andreas.
- Czeeść! – ryknęła Alex z radością, bo nie musiała tłumaczyć koleżankom wrzasków Surówki.
– Słuchaj, nie mamy żadnego żarcia, chodź ze mną do ‘Jagny’! – Ola złapała Agatę i poleciały na dół ulicy do supersamu. – Robimy imprezę! Bierz trzeci wózek i pakuj co tylko! Mamy kartę płatniczą Andiego!
Dziewczyny biegały po sklepie ładując do wózków co im się nawinęło pod ręce. Zapłaciły tyle, że na karcie Koffiego zostało tylko kilka marnych euroków, rzuciły sklepikarce, że wózki zaraz odstawią z powrotem i zawiozły zakupy do hotelu. Zadzwoniły do drzwi, które otworzyła Justyna. Przechyliły wózki wysypując z nich wszystko na próg.
- Zanieś to na stół jeśli łaska. – powiedziała Agata, złapały wozidła i zjechały na nich na sam dół ulicy… Potem musiały wracać z nimi pół kilometra, ale to nic :P – A co się w ogóle dzisiaj szykuje? – zaciekawiła się dziewczyna Jana-Erika.
- Co? Nie wiem…
- No! Przecież sama powiedziałaś, że dzisiaj impreza!
- Aa! Nie skumałam… Niespodzianka! – rzekła nieprzytomnie wyczerpana podróżą z Innsbrucka Oleczka.
Stanęły przed domem. Neumi właśnie wyrzucał na podwórko stolik ogrodowy z tarasu na piętrze. Po chwili poleciały wszystkie krzesła jakie znalazł w domu.
- Eeeej!! – Agata zaczęła się szamotać z obrusem, który spadł jej na głowę. – Widzę, że przygotowania pełną parą. – rzekła z oburzeniem, gdy odplątała już głowę z prześcieradła.
- No co się tak guzdrocie! Sznela!! – ryknęła Kasia kładąc plastikowe sztućce na stole.
Po chwili z domu wybiegł Sven niosąc blachę z ciastem i rzucił nią o stół. Parzyło L
Była 22 a impreza trwała w najlepsze. Ludy żarły, piły i tańcowały w rytm „Cuba”, Chelo „Cha cha”, Pakita i innych bzdetów.
- Georg give me just a chance! Let’s go out and dance! We can get into the groove I can watch you moove! Later you can sing to me like a shining star! But I reather, nail you on a backseat of my car!!! – wydzierała się Alex ku zadowoleniu męża.
Nagle jakiś porąbaniec wyłączył muzę. Był to Andi Kofler. Kilku ludzi rzuciło się, by z powrotem włączyć muzę.
- Spoko, zaraz się włączy. – uspokoił ich Andreas. – Chciałem po prostu, żebyście przy tym byli wszyscy… Ola? – Oleczka podeszła do niego szczerząc się jak nieboskie stworzenie. – Ojcze? – Bachleda założył sutannę i ten fioletowy szalik.
- Oczywiście wersja skrócona?
- Naturlich :D
- Więc?
- TAK. – rzekli równocześnie.
- Skoro tak, to od teraz nazywacie się oboje Kofler. Zawiązał szalik na supeł na ich ręcach. Możesz ją cmoknąć. BOWMY SIĘ! – ryknął ksiądz, rozwiązał młodą parę, zasunął kopa w wieżę i muzyka znowu rozbrzmiewała w całym Zakopanem.

- A jak tam Mika? Dlaczego Cię z nim nie widziałam ostatnio? Został w Rovaniemi? – spytała Nuriko
- Wiesz… nie. Jest podobno tu w Zakopcu. – odrzekła Vilhelmina z niesmakiem na myśl o swym byłym
- Jak to „podobno”?! Nie jesteście już razem??!!!!
- Nie.
- Jak to się stało? Tak się kochaliście! Tyle wspólnych wspomnień. LODY! Miałaś przecież razem z nim jechać do Villach! W ogóle nie rozumiem co ty robisz TU!
- No rozstaliśmy się – Helmi pozieleniała już na twarzy z tej rozmowy
- Ale czemu?
- Bo on… odszedł do innej!!
- JAK TO?! KIEDY???!!
- Od razu po przyjeździe do Villach.
- CO?! To drań!! Kim ona jest???
- Eeee noo… to znaczy.yy…
- Co? Ej dobrze się czujesz? Czemu wyglądasz jakbyś chciała się wyrzygać?
- A ty byś nie chciała jakby Twój narzeczony zakochał sie w Twoim ojcu??!!
Nuriko również pozieleniała.
- Boshhhh…..
- Mika jest pedałem! I dowiedział się o tym dzięki mojemu tacie.
Nie wytrzymały i popłakały się ze śmiechu…
- Nigdy więcej lodów!
- Święta racja. Żadnych LODÓW!!! Never!
Gadające spokojnie (albo i niespokojnie) dziewczyny wyrwał nagle z zamyślenia głaz wlatujący przez okno (zamknięte) i lądujący na środku pokoju. Przerażone kobiety dopadły wątpliwości czy Dom Wczasowo-Wypoczynkowy ‘Bachledówka’ to był właściwy wybór na relaksujący urlop. Postanowiły w desperackiej próbie ratowania się z tego piekła, że najbezpieczniej będzie jeśli na pewien czas udadzą się na spacer po Zakopanem. Może jakaś knajpa czy coś… albo bieganie dookoła stadionu. Nuriko podeszła do szafy aby wyciągnąć coś do ubrania, nie dotknęła jednak jeszcze klamki gdy drzwi mebla otworzyły się z impetem, a ze środka wyleciała kupa ubrań drąc się w niebogłosy „BUUU BUUUU BÜÜÜÜÜÜ!!!!!!!” następnie ‘to coś’ wrzeszcząc nadal wystartowało w kierunku drzwi, pieprznęło się w nie i padło na dupę. Pozbierało się i wyszło. Dziewczyna stała oniemiała przy szafie, nie wiedząc co jeszcze może ją tu spotkać gorszego niż dziecko Kasi w jej szafie. Vilhe była bliska zawału. Ubrały się w jedyne co pozostało z garderoby (dresiki) i szybko zleciały po schodach i przez hol do drzwi. Te wyleciały z zawiasów i trzasnęły o glebę tuż przed ich nogami. Kasia wróciła.
- Cześć. Mom nadzieja że moje dzieci były grzeczne i nie zakłócały w żoden sposób spokoja… Wie pani, różnie to bywo z nimi… – zaczeła do stojącej bliżej Vilhe
- Nie… absolutnie… – rzekła Nuriko, minęła koleżankę i wybiegła czym prędzej z terenu ośrodka. Vilhe za nią. Kasia spojrzała na nie bez zrozumienia… Za bachledowym kioskiem z gazetami Nuriko zderzyła się czołowo z Jussim.
- Dokąd to? – spytał poszkodowany
- Jak najdalej stąd!!!! Jak najdalej chceee…. – po chwili wrąbała w nich druga uciekająca z domku.
- Co się stało? Jakie urocze dresiki…
- (śmiech Dodzi) hihhhhihihihhhi – odpowiedziała N.
- To biegniemy pod skocznię i spowrotem? :)
- Spowrotem wolimy nie!! – stwierdziła zdecydowanie Helmi i wydarła w górę ul.Jagiellońskiej – Zostawię was samych! Idę do COSu… Sven tam jest podobno…
- Aha. To gdzie my się wybierzemy? – zwrócił się do finki zachwycony tą okazją Jussi – Może Krupówki?
- A spoko, okeeej ;)

- Co tacy zmornowani siedicie? – spytała Kasia po wejściu do kuchni (Piotrek R. leżał nieprzytomny na podłodze w dziwnej pozie i wyglądał jakby potrzebował specjalistycznej pomocy medycznej.. na głowie miał kosz na śmieci; Adek i Przemysław sączyli mocną kawę z potłuczonych filiżanek, a Anka parzyła już następną kafee dla siebie; Mały Grześ natomiast siedział w kącie przywiązany do kaloryfera paskiem od szlafroka i zakneblowany gąbką do zmywania naczyń )
- Nie no wszystko w porząsiu – rzekł smutnym tonek Proboszcz Bachleda, który właśnie zszedł z wielkimi walizkami z piętra… i zarzucił na siebie sutannę (z tyłu przetarganego ubrania księdza widniał napis „Kopnij mnie” ale on o tym nie wiedział) – Słuchajcie potrzebny mi odpoczynek. Wyjeżdżam na tydzień nad morze z Ojcem Dyrektorem. – podniósł z podłogi ważące z tonę walichy i ruszył bez dłuższego pożegnania w kierunku drzwi.
- No jak to a co z treningiem?! Przecież jest drużynowe zgrupowanie. Dziś wieczorem trening na Wielkiej Krokwi… Wszyscy Polacy… – zaczął Adrian
- A ktoś ty??!! – zdziwił się Bachleda w ogóle na widok drobnego człowieczka który do niego rozmawiał
- Eee no Adrian Waluszczyk, trener Polskiej kadry. Zastępuję Heinza Kuttina, bo jest zajęty jakimiś sprawami rodzinnymi (Kuttin walczy o legalizację małżeństw homosexualistów)
- A ja jestem zajęty sprawami zawodowymi. Do LGP jeszcze daleko. To jest sprawa wagi… duchownej – rzekł poważnie proboszcz – Szczęść Boże. – i wyszedł
- Szczęść Boża! – rzekła Kaha – Miłego urlopu. A gdzie moje dziecioczki?
Starszy posterunkowy Rudnicki uśmiechnął się pod nosem
- Aa byrdzo grzyczniu subie siydzuą… na kymisariacie. Tylko jyden mi gdziś zniknył… ole sim znyjdziy…
- To wspaniale. A ja właśnie godałam z prawnikem… o mojem rozwodzie – zaczęła Kaha
- CO? Ja słyszałam tylko że sie ‘z chopem pożorłaś’?! – zdziwiła się Bachledówna – A tu już rozwód?
- No baa, ale poważno. Obgadaliśmy już podzioł majątku. Tak było spisane że ja przejmuja wszystkie nasze korty tenisowe i połowa majątka. A dla nigo to marno reszta zostaja.
- Korty? :D
- Ja. Krzyś prowadzi szkółka tenisowa… w różnych miejscach Polski. I momy własne korty… chyba z 10. Zamierzom wszystko sprzedoć. W końcu teraz to moja!
- Zaraz… A dzieci? Kto bierze? – spytała Anka z bólem na samą myśl że ta banda może zostać w Zakopcu jeszcze przez 1 dzień.
- Krzysztof naturalnie!!
- Musimy to oblać!!!!!!! :D
- Apoloniusz!!! – ryknęła Kasia.
Z kominka wylazło przerażone czarne cuś i poczłapało do mamy.
- Ile rozy mom ci godać?! Masz predyspozycja do babrania sie! Yszsz ty! Niczego nie dotykoj!
Anię osłabił widok czarnych śladów na podłodze…
- Kruca… – rzekła po cichu i opadły jej ręce.
Wzięła zmiotkę i posprzątała sadzę. Zdjęła kosz z głowy ulotkarza i wrzuciła tam brud.
- To znowu ON!!!!!!! Ja pitole! – wrzasnęła Kasia pokazując paluchem na Piotrka… – Jo go znam!!!
- JEGO? – na twarzy młodej Bachledy widać było niesmak i zażenowanie – SKĄD?
- Graliśmy kajdyś w teatrze razem w jednej sztuce!
- On w sztuce? – Ania zwątpiła w teatr spoglądając na to co leżało przed nimi
- Tak… to taki pieroński idiota jest… w dodatku BEZTALENCIE- Kasia zaczła się zaśmiewać tak że aż Bachledówka się zatrzęsła…
Piotr był bliski otworzenia jadaczki i zaczęcia wywodu, ale starszy posterunkowy Rudnicki ciągle mierzył do niego ze spluwy kieszonkowej.
- Cze, jest coś do picia? – do kuchni wpadł Neumi w dresie śmierdzącym TĄ ‘Pumą’ – ANIA??!! Nareszcie Cię znalazłem! – rzucił się przez kuchnię na Ankę która już zapomniała że jeszcze niedawno mówiła mu że jest wyjątkowy…
- Misiael… puść mnie. No nie moge kruca ale ta twoja puma śmierrrdziii! (nie to co koszulka Adriana gdy pochylał się nade mną i wyciągał mi z dłoni kawałki szkła ahh)
Na dworze coś zatrąbiło. To taxówka podjechała pod Bachledówkę.
- To moja! Po dzieci podjechała. Daj no to! – wyrwała Neumiemu z ręki górę od dresu i zawinęła w to Apoloniusza drącego się przeraźliwie „FUUUUUUUJ!!!”. Pobiegła do taxówki i wrzuciła tam zawiniątko. Rzekła coś do kierowcy, który odjechał i po chwili wróciła.
- Załatwione. Zgornie reszte z komisariatu i pojedzia do Krzysia.
- Nareszcie – mruknęła Ania i wytarła swoje czarne łapy o fartuszek. Adek uśmiechnął się do niej porozumiewawczo.
- Zaraz… ty nawet się nie cieszysz na mój widok już? – jęczał zawiedziony Neumayer – Co się stało??!!
- Sory, odwidziało mi się. Możesz pozmywać naczynia za to. Ja idę do COSu. Papa – rzekła i poszła do swojego pokoju się przebrać
- Czekoj, też tam walę! Nie bede tu siedzieć bezczynnie – Kasia ruszyła za Anią – A kaj w ogóle mój pokoj?
- Chodź chodź, pokażę Ci!
„Jak pozmywam to znowu się jej będę podobał” pomyślał Michi i bez słowa zabrał się do roboty.

- A kaj Alex Schmitt? – spytała Kasia gdy właziły po skrzypiących schodach na ostatnie piętro
- Ty się musisz nauczyć po polsku… – mruknęła Bachleda – POman powiedział ż ona zginęła wypadku samochodowym… To jakaś brednia, w ogóle nie mogę w to uwierzyć, przecież oni się nie widzieli odkąd wyjechałyśmy razem na mecz!! Potem Alex wzięła ślub i polecieli prosto do ciepłych krajów w podróż poślubną – lamentowała
- Chajtnęła się??!! Z kim? A z tym wypadkiem to pieroństwo jakieś, mówisz że ją widziałaś jak wyjeżdżała
- No ja ją ich lotnisko odprowadzałam osobiście!!! Schajtała się z Georgiem Spaeth’em takim Niemcem. A wcześniej była żoną Tonia Tajnera ale unieważniono związek, bo się okazało że jej rodzice nie są jej prawdzwymi rodzicami…
- Pogubiłom się…
- A nieważne :]
W tym momencie Anka oberwała w nos drzwiami od pokoju Martina Schmitta
- Ałaa!!! KRUCA!! Znowu ktoś mi łamie nos!!!
- Sory – rzekł Martin, założył sobie słuchawki i z grobową miną zszedł na dół
- Grrr…. To właśne brat Alexy.
- Aaa ten jej mąż? Jak wygląda?
- Pokażę Ci później zdjęcia ze ślubu, mam je u siebie w pokoju. A to Twój pokój.
Kasia ujrzała luxusowy apartament tylko dla niej ;) (taaak taaak, przyszłość Kasiu ;D)

Tymczasem Jussi i Nurko przemierzali Krupówki gadając sobie spokojnie o niczym… gdy nagle na środek drogi wyskoczył… Bjorn Einar Romoeren! Był cały obwieszony ręcznie robionymi zajebistymi wisiorkami, bransoletami i tym podobnymi pierdołami. Podbiegał do przechodniów i zachęcał do kupna tej ‘biżuterii’
Nuriko oniemiała… a Hautamaeki parsknął głupim śmiechem. Bjern obrócił się w ich stronę i nie rozumiał z czego polewają
- Może kupisz dziewczynie wisiorek? – spytał Jussiego
- Tak! Jussi kup mi ten – wskazała taki gustowny, co Rumuren miał na szyi

Bjoern-Einar-Romoeren421.jpg

– Ah i too!!! – i wskazała na jeszcze kilka które wisiały na sexownym przedramieniu Idola
Po chwili szli oboje obwieszeni wisiorkami i bransoletkami prosto od mamy Bera… Gdy wracali z dołu, na skrzyżowaniu Krupówek z Kościuszki natknęli się na drużynę Norwegów. Wszyscy byli również przyzdobieni bjernowskimi gadżetami… tak jak połowa przechodniów na głównej ulicy Zakopca…
- No widać kolo rozkręci tu biznes! – stwierdził Jussi – swoją drogą ładne
Zaśmieli się i poleźli do jakiejś knajpy.

- No kruucaa boooleeek!!! – Anka pacnęła się nadgarstkiem w czerep. – Kto dzwoni o tej porze?!
- Toż to nocy środek! – ryknęła do słuchawki. Rzeczywiście była bardzo wczesna godzina 13:28.
- Onka! Jak dobrza, że ja cie słysza!! – usłyszała po drugiej stronie.
- Kaśka!
- My się zwala do ciebia jutro! – rzuciła Kasia i rozłączyła się.
Bachleda stała jeszcze przez chwilę z rozdziawioną japą i dopiero po kilku minutach rzuciła się przez korytarz w stronę pokoju brata, by zrobić rejwach jakiego ‘Bachledówka’ nie widziała od II Wojny Światowej, a jakiego drugi raz mogła nie przeżyć…
- Marcin! Daniel! Do mnie! – wydarła się. – Kuzynka Kasia przyjedzie jutro! Z kimś! Nie wiem z kim… DO MIOTEŁ!! – zarządziła i pobiegła na górę. Było doskonale widać jej drogę, gdyż w miejscu gdzie tupała, pył sypał się z sufitu.
- Co się dzieje? – Bjørn wyjrzał ze swojego pokoju.
- SPRZĄTAĆ!! – Anka wydarła się na niego i wepchnęła go z powrotem do pomieszczenia. Sufit nad braćmi Bachledami zadrżał groźnie. Ania biegała po posesji zaprzęgając wszystkich gości do roboty, nieukrywajac, syzyfowej…
Romøreny zajęły się łazienką, Bachledy kuchnią a kilku Niemców i Jussi zabrali się za salon. Anka widząc, ze dysponuje tak małą siłą roboczą, pobiegła po sąsiadów. Morgi zgodził się od razu, ale jego wuj Mały Grześ, zagroził, że przyjdzie dopiero kiedy zjawi się starszy posterunkowy Rudnicki.
- Mam dla ciebie robotę. – rzekł Przemek do ulotkarza. – Gorsza niż kamieniołom w Yumie… Posprzątać u Bachledów…
Piotrek się nie odzywał.
- Jeśli ci się uda… Zwolnię cię z aresztu… – uśmiechnął się złośliwie. Dobrze wiedział, że to dożywocie.
Po kilku minutach Piotr R. został przywieziony Wild Starem do Bachledówki. Anka spojrzała na niego z niesmakiem. Wetknęła mu do ręki ścierę i mopa i zapędziła do pokoju gościnnego. Widząc policyjny motor pod sąsiednim domem, przybiegł Mały Grześ.
W ‘Bachledówce’ praca wrzała. Anka dyrygowała wszystkimi jak mogła. Trzeba było zaszpanować domkiem przed rodzinka ze Śląska… Z równowagi wytrącił ją huk przewracającej się moskitiery, w której spróchniałą ramę ktoś zapukał.
- SPRZĄTAĆ!! – ryknęła rozwierając wrota, za którymi stał… chłopaczek, mniej więcej jej wzrostu, blondynek, jasne niebieskie oczki, wielka sportowa torba na ramieniu i mała karteczka z adresem w rączce.
- Czy mam przyjemność z Anną Bachledą? – spytał. Gorolka skinęła nieprzytomnie głową. – Adrian Waluszczyk, nowy trener polskich skoczków… Adek :p – uśmiechnął się bosko przygryzając dolną wargę i podał dziewczynie rękę. – Ja tu mam zamówiony pokój. – rzekł wchodząc do wypucowanego przedpokoju. – Ja pomogę – Adek podniósł moskitierę.
- To ja też pomogę – Anka zdjęła młodemu trenerowi torbę z ramienia i rzuciła za siebie wpatrując się bez przerwy w nowopoznane lico. Upadający bagaż zatrząsł domem. Dyplom strzelecki upadł na ziemię. Ania zaczęła zbierać potłuczoną ramkę.
- Daj, pokaleczysz mi się jeszcze… – Adrian wyjął jej delikatnie z rąk kawałki szkła.
Anka wprowadziła Adriana do jedynego czystego pokoju i przykazała przespać się przed kolacją, a sama przejęła kuchnię, by przygotować coś na obiecany posiłek dla strudzonego podróżnego.
- Kuźwa bać! Wszystko na mojej głowie!! Jak zwykle! – Bachleda marudziła pod nosem. – Gdzie Alex kiedy jej potrzebuję?!
- Gdziekolwiek jest mam nadzieję, że jest jej tam lepiej niż było tu… – ktoś mruknął z kąta.
- A pewnie! W podróży poślubnej zawsze lepiej! Gdzie to oni… na Bora Bora polecieli!!
- Chyba nie zdążyli…
- Jak to? – Anka odwróciła się w stronę osoby, z którą prowadziła konwersację. Był to starszy posterunkowy, który mierzył z pistoletu w głowę szorującego piec Piotrka.
- Miała wypadek… Ona nie żyje…
A.B. nie skojarzyła, że wypadek, o którym mowa, ona sama spowodowała i obie go przeżyły. Stuletnie drewniana łycha roztrzaskała się upuszczona na posadzkę.
- Tyyy! A kto cię w ogóle nauczył mówić? – zmierzyła pana władzę podejrzliwym spojrzeniem.
- Jyk sie denerwne to mywie nyrmylnie…
Podczas kolacji panowała żałobna atmosfera. Nie tylko dlatego, że do jedzenia była tylko kaszanka i krupnik (i każdy pod groźbą śmierci musiał zjeść swoją porcję), ale policjant obwieścił wszystkim smutną prawdę o losie siostry Madda, który leżał teraz bez ducha w swoim pokoju.
Grobową ciszę przerwał donośny wrzask gromadki około 5 dzieciaków i chamskie kopanie w drzwi.
- Uh!! To pewnie zaś te nieślubne bachory pana trenera Ścisło! – wymądrzył się Mały Grześ, który na dobrą sprawę zazdrościł mu tych dzieci.
Marcin Bachleda poszedł zobaczyć co to za lawina zeszła na jego zabytkowe drzwi.
- Kasia!! – wrzasnął po chwili.
- Heej! Wcześńyj przejecheliśme, bo się z chopem pożorłam! – do domu wpadło 5 dzieci i Kasia trzymające szóste (niemowlę prawdopodobnie) na rękach.
Dzieci rozbiegły się po domku, a jego właściciele ze zgrozą przyglądali się temu dzikiemu tabunowi. Dom mógł tego dłużej nie wytrzymać.
- Ja je tu zastawia na trocha… Nie mocie nic przyciwko ja? Wryce py nie nieduugo– Kaśka rypnęła drzwiami i tyle ją widziano.
- Co ci jest? – Adek spytał niewiedzieć czemu dziwnie zadowolonego policjanta.
- Byże! – ryknął starszy posterunkowy. – Łyna ma gyrszą pylszczynę niż jy!!!

- Bowmy się! Dyć momy tyla graczków w taśce! – wrzasnął jeden mały, bodajże Apoloniuszek.
- Jakich graczków?! Jakiej taśce?! – Anka wyrwała za dzieciakiem, który poleciał na podwórze po torbę. Po chwili wracała już goniona przez uzbrojonego w jakiegoś cepa łobuza.
- Gramy w dupka! – ryknął Polo.
- A kto będzie dupkiem? – Dyzio mierzył wszystkich wzrokiem. Policjant wstał ukazując im, ze z dużymi nie ma żartów i wypchnął przed siebie ulotkarza. bachory od razu go pochwyciły, zawiązały mu chustkę na oczach i zaczęły okładać patykami po tyłku (na tym bowiem owa zabawa polega). Po pewnym czasie znudzenie wzięło górę i zostawiły pogromionego ‘dupka’ , by dać mu chwilę wytchnienia.
- Eeej! Nudna tu!
- Właacha! Poróbmy se szlojdry! – Dezyderiuszek (Dyzio) wpadł na genialny pomysł.
- Tak… Pobawcie się szlojdrami… – przytaknęła zmęczona sprzątaniem po urwisach Anka. – Zaraaaz… Czy szlojdry to nie są czasem…
- Taa! Są! – ryknął Bonifacy (Boniek) i pomachał jej procą, z której następnie ustrzelił szklankę z kompotem.
- Mygę ich przymknyć. – zaoferował pomoc starszy posterunkowy.
- Nie… Mam lepszy pomysł. – Anka podniosła za kołnierz Piotrka. – Słuchaj no, jest taka fajna zabawa… Berek… Angielsko chorowa! (polega na tym, że berek musi gonić ludzi trzymając się za miejsce, w które został złapany)
Na dźwięk tych słów dzieciaki rzuciły proce i obległy ulotkarza.

=P

8 komentarzy

chlip… Niestety ostatni odcinek jaki mam na dysku to ten 22 :/ Więc zarządzam przerwę w pisaniu na czas nieokreślony.

:(((((((

22

21 komentarzy

Kolejny dzień rodzi nowe durne akcje…
- Ej, a ty byś nie potrzebował pomocy, aż Alex nie wróci? – Risto zaczepił snującego się po Krupówkach policjanta.
- Łóna już ni wryci – chlipnął Przemek, zacisnął zęby i poszedł dalej.
- To jak będzie?
- Cso… Y, tyk. Dobru. Kyżdo pomóc się przydo… Ole bydziesz w ciwilu. Nie mom jusz dla cibiu munduru…
- Ok. Bo wiesz, ta praca przy zmywaniu naczyń mi nie służy. Ręce się niszczą i w ogóle…
- Jaśne. – palnął nieobecny policjant. – Aaa, tygo… mysisz sóbie skombajnąć pyjyzd.
- Że niby co to jest pyjyzd? – zdziwił się nie znający takiego języka Fin.
- No pyjyzd!! Brrrrummm!!!
- Aha!! Pojazd!!
- Tak! Pujozd!
Risto pacnął się w twarz łapą. Ten człek nie umie mówić!!
***
Skierka??!! Co ty do diabła… – Ania urwała widząc złowrogi wzrok swojego brata.
- No… Yyyy… Konkretnie to…
- To co?? – włączyła się Nuriko, która także zobaczyła słynną dziennikarkę na rowerku do lodów próbującą wjechać na trybuny.
- Ja??!! No wiesz… Czsza se jako tako dorabiać, niee?? Kanapkę?? – Skierka wyjęła z lodówki na bagażniku dwie kanapki. – Z dżemikiem własnej roboty! Sama smarowałam! – pochwaliła się.
- Haha! Manuel to laska!!! Manuelka!! – wrzasnął Kofler znający oczywiście polską reklamówkę masełka na pamięć.
Fetti spojrzał na niego zabijająco, więc Andi poszedł się krztusić gdzieś indziej. Dziewoje niepewnie wzięły przysmaki do ust.
- Feeee!! Co to kurna ma być??!! – Anka wypluła się z powrotem do kanapki.
- Kromka z Eko-dżemem!
- Z czym… – jęknął Fetti.
- Szpinakowy! J – uśmiechnęła się właścicielka 3kołowca.
- To jest paskudne za przeproszeniem… – Nuriko nie wytrzymała.
- Jaaak too… – Skierka ugryzła potężny kęs chlebka – BLEEE!! A on mówił, że to dobre!!
- Kto…
- Maddin!! Powiedział, że bardzo smaczne…
- Nie chciał, żeby ci było przykro??
- Jezu! Śniadanie! – Alex ryknęła na widok kanapki w ręce Skierki. – Daj gryza! Od 6 godzin jestem na nogach i jeszcze nic nie jadłam! – wyrwała jej kromkę i…
- Ooo… fuuuuu….. uuuj…. – Lex rozejrzała się za koszem. – Wystarczy mi śniadań przez trzy dni… – wywaliła sobie na rękę całą zawartość paczki Łinterfreszów (25 gumek :P) i napakowała sobie do gęby.
- Nie żartuj! Przecież ty tylko śniadania jesz!!
- Eh… A ja to dałam już całej drużynie… Wszystko przez Madda! – wyła Skierka.
- Że co??!! – Schmitt wypluła połowę gum na posadzkę.
– NIEMCOM???!!!! – ryknęły równocześnie Ania i Alex i wbiegły w drzwi zapominając je w panice otworzyć… Wpadły do szatni. GermanTeam właśnie zabierał się do spożycia. Oprócz Schmitt’a rzecz jasna, bo on wiedział czym to grozi, ale uznał za zabawne niepowiedzenie o tym reszcie. Anka i Alex rzuciły się na facetów.
- Zostaw!! – wrzasnęła Alex i wytrąciła Georg’owi z ręki kanapkę. Śniadanie pofrunęło prosto w łeb trenera.
- Nie słyszałeś??!! Nie jedz tego!!! – wydarła się Ania na Neumi’ego i rypnęła go w plecy. Michi poleciał do przodu, a do otwartej gęby przygotowanej do ugryzienia wpakował sobie niechcący pół kanapki.
- Jessu… – jęknął Maddin i wyszedł.
Skoczkowie przypatrywali się całemu zdarzeniu z zainteresowaniem.
- Kruca fix!! Jemu się zbiro na pawia! – Anka B. zatachała chłopaka za kaptur do łazienki.
Niemcy w przerażeniu odłożyli śniadanka na ławkę.
- Wiesz… Dzięki… – Georg spojrzał na nadal porażoną smakiem kanapki dziewczynę, która uratowała go od podobnego losu.
***
Mecz się zaczął. Po boisku śmigały drużyny RAPu i Skoczków wspomaganych przez swoje dziewczyny. Skierka buszowała wśród trybun sprzedając wygłodniałym kibicom kanapki z dżemem szpinakowym i także domowej roboty sok z czarnych porzeczek (fuuj… pluskwy… – przyp. Lex). Daria łaziła za nią i robiła fotki biegającym po murawie sportowcom. Skoczkowie wzięli odwet na „artystach” za kontuzje wyniesione z poprzedniego meczu.
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!! – Piru z potwornym, dzikim rykiem zaatakowała Milowicza. Pochylona staranowała go głową w brzuch, popchnęła do tyłu, odebrała piłkę i pobiegła z nią przed siebie.
- Pani Agato. Nie w tą stronę. – ryknął spokojnie Rafał Gucia.
Aga zamilkła i spojrzała na bramkarza Majdana. Rzeczywiście należał do jej drużyny. Zadryblowała wokół Czarka Pazury i z ponownym rykiem pognała w stronę Dowbora strzegącego bramki RAPu. Efekt był na tyle straszny, że artysty schodziły jej z drogi.
- Bzyyyyyykuuuuu!! – wydarła się dla odmiany do Justyny i podała jej piłkę.
- Meeeeliii!!! – ryknęła Justyna i kopnęła obiekt w jego stronę. Mölli potraktował piłkę z główki i zdobył pierwszą bramkę.

- Dla pani za friko J – wyszczerzyła się Skierka do pani Schmitt podając jej soczek z pluskiew i kanapkę ze szpinakiem.
- Dziękuję drogie dziecko, ale… można wiedzieć czemu?
- No… jak to… syn państwu nie powiedział?
- Czego? – zainteresował się ojciec.
- Jestem Anna-Skieka. Chodzę z państwa synem.
- Watraud!! – łociec ryknął na żonę. – I tak se syna wychowałaś! Przecież była umowa, że on wychodzi… znaczy żeni się z nią!! – wskazał palcem skuloną, przerażoną dziewczynę siedzącą obok niego.
- Ale poczekaj, może to o Thorstena chodzi… W końcu jemu daliśmy wolną rękę i sam mógł sobie wybrać żonę…
- Więc z kim??!!! – facet ryknął na Skierkę.
- Nooo…. Z Martinem…
- Aha!! Czyli co ja mam teraz zrobić, co?? Przywiozłem tu Patrycję, żeby ja poznać z narzeczonym!! I co ja mam zrobić cooooooooooooooo??!!!!!!!!!!!!!!!
- Ależ Hubercie… Nie przy ludziach! – pogroziła pięścią wydzierającemu się mężowi.
- Co nie przy ludziach ! Co nie przy ludziach! Sama się prosiłaś! Jak dziecko niedorobione to wina żony! Tylko córkę udało mi się jakoś wychować!! Pewnie dlatego, że była adoptowana!!
Za Skierką stanęła Alex.
- Jaka byłam??
Rodzice zamarli. Alex rzuciła tacie na kolana podarty akt ślubu z Tomisławem – znaczy, ślub nieważny…
***
Alex biegła przed siebie chlipiąc i pomrukując pod nosem jakieś polskie, norweskie i fińskie przekleństwa.
- Jak ty się zachowujesz??!! – wrzasnął Tami Kiuru, gdy z ust panny Schmitt padło słowo „perkele”. – Co ty mówisz??!! W domu cię nie bili????!!! – wrzeszczał dalej po fińsku.
- Ee…. En puhu Suomea… – palnęła i pobiegła dalej. (z jej życia wzięte :D a konkretnie z LGP Zako 2004)
- Co się stało? – zapytała Oleczka widząca ryczącą koleżankę, która odwracając się w jej stronę wyrżnęła o krawężnik.
- Nic! – rzuciła i leżała dalej na trawniku za trybuną.
- Oj! Podarło ci się… To chyba trzeba będzie jeszcze raz ślub zorganizować… – powiedziała Ola wyjmując swojej niemieckiej imienniczce kawałek aktu ślubu z zaciśniętej pięści.
- Co??!! – Alex powróciła do rzeczywistości wypluwając z gęby kawałki ubłoconej trawy. – Nigdy!!
- Ale czemu… Nie kochasz go?
- Jessu… A myślisz, że po co akt podarłam?
- Łe… A już miałam nadzieję na pikny ślub…
- Chyba że… – Alexandra zerwała się na równe nogi. – Chodź!
- CHOPY!! Zbieramy się!! – Oleczka podniosła jeden koniec ławki w szatni, zsypując z niej Austriaków na stertę.
- Ja już tego dłużej nie zniosę! – Schmitt pociągnęła Späth’a za rękaw. – Ty nadal chcesz się ze mną ożenić?
Georg uśmiechnął się łobuzersko. Wiedział do czego to zmierza.
Ludzie )skoczkowie, bo przecież nie artyści) rozeszli się do domków wczasowych, by po kilku godzinach zebrać się ponownie na stadionie, bo na murawie odbywały się nietypowe zaślubiny, które prowadził….. (Piru uważaj…) biskup Śmigielski!!! Jak na niego przystało ceremonia była dłuuuga, przewlekła, skoczkowie spali na trybunach, a Alex kimała na ramieniu Schorscha. Młoda para przez sen niezbyt świadoma tego co robi złożyła przysięgę i nawzajem pozakładała sobie skombinowane z jubilerskiego godzinę wcześniej obrączki i wszyscy wybyli szczęśliwi oblać to w pubie.

UWAGA, PROTEST!!! Nie napiszemy dopóki Polska nie wygra!!! Nie żartuję xD
Dlatego teraz wszyscy macie kibicować, bo inaczej już nie ujrzycie następnego odcinka :D hehehe

POLSKA GOLA!

Nie minęło dużo czasu, a skoczkowie sadzili busami po polskich wertepach do Będzina na mecz. Nawet Rohwein po sterroryzowaniu przez Anię Bachledę (noszącą zawsze za paskiem małą, podręczną wersję ciupagi) i zamęczony zrzędzeniem Alexy Schmitt i swoich podopiecznych, zgodził się na wyjazd. Jedynie Risto został w Zakopcu. Zatrudnił się w Café Antrakt przy zmywaniu talerzy, by móc zarobić na swój sklep. Bjørn czekający na paczkę od mamusi zapłacił na poczcie, by przechowali ją kilka dni (paczkę oczywiście, nie mamusię) i diabli wiedzą po co pojechał na meczyk… Doroczny mecz skoczków w Będzinie jest jedną z najbardziej prestiżowych imprez w kraju, więc ksiądz Marcin Bachleda również pojechał – poświęcić murawę.

- Może ja poprowadzę? – Schmittka zaproponowała wsiadając z Anią do lawety.
- Czemu? Moje autko! – poklepała ciężarówkę po tapicerce.
- Ale… – nie zdążyła dokończyć. Ania docisnęła pedał gazu i było już za późno na cokolwiek…
Alex wgnieciona w oparcie trzymała się kurczowo pasów, uchwytu nad głową i jeszcze kilku innych rzeczy naraz. Kiedy po kilkunastu minutach stwierdziła, że nadal żyje i jeszcze nie jest uczestniczką wypadku drogowego, odważyła się otworzyć oczy. Przez chwilę gapiła się na mijane niebezpiecznie szybko krowy umocowane na pastwiskach po prawej. Nagle jej uwagę zwróciło krótkie i donośne psyknięcie. Odwróciła się w stronę koleżanki.
- Boże!! – jęknęła na widok wielkiego kloca drewna przyciskającego pedał gazu i Anki wiszącej na oparciu, przegrzebującej jakąś torbę. Po chwili ta siadła po turecku na siedzeniu z otwartą właśnie puszką piwa „Zagłoba” i chyba chciała ją wypić…
- Mmm? – Bachleda podała puszkę Alex.
- NIEE!! Patrz gdzie jedziesz!!
- No przecież pat… – urwała widząc znak objazdu i rozkopaną drogę tuż przed nimi.
- HAMUJ!!
- Się nie da!
- SKACZ!! – Lex wyskoczyła z ciężarówki. Ania przefrunęła nad nią i przepłoszyła stado kóz…
- No nic… – rzekła spokojnie właścicielka lawety, patrząc jak ta przewraca się na bok, potem na dach, na koniec zmiata budkę z oscypkami z powierzchni ziemi i zatrzymuje się na drzewie miażdżąc kabinę… – Się zdarza.
- Ee… Czy Rudnicki robił wam na PO lekcję o wypadkach drogowych?
- Taak. – rzekła Ania wyciągając z siana swoją ciupażkę.
- Czyli na pewno wiesz, że to teraz wybuchnie?
Dziewczyny rzuciły się w popłochu na ulicę, zatrzymały jakiś rozwrzeszczany busik, władowały się do niego i uciekły z miejsca zbrodni. Dopiero po chwili skojarzyły, że ci mili ludzie, którzy je przygarnęli to cały SuisseTeam we własnych osobach.
- A tam. Ojciec dyryktor da nową. – Ania bez przejęcia patrzyła na kłęby dymu i ognia w oddali.
W do niedawna rozwrzeszczanym aucie panowała teraz cisza. No. Może pomijając radio ryczące na cały regulator piosenkę Rickiego Martina „Maria (spanglish dance remix)”. Skaki w skupieniu analizowały nowoprzybyłe laski. Guido ze szczególnym uwielbieniem Ani i jej intrygującego przyrządu za paskiem, a Andi i Berni (ach, Berni… :* – przyp. Lex) wlepili gały w siostrę Madda.

W tym samym momencie starszy posterunkowy klęczał koło gaszonego ze szlaucha ogrodowego pojazdu, trzymając opaloną po brzegach legitymację koleżanki… Płakał…

- Jestem zmęczony… – Simi walnął głową o kierownicę.
- Może ja cię zmienię?
- Nie! Dość wypadków na dzisiaj!! – ryczała Lex. Bachleda w przerażeniu skuliła się na siedzeniu i pochwyciła ciupagę, by poczuć się bezpieczniej.
Simi zjechał na pobocze, ułożył się wygodnie na tylnym siedzeniu, a za kierownicą zastąpiła go pani aspirant :P Küttel i Schödler stwierdzając, że ofiara ich wzroku zniknęła im za oparciem i nie mają na co się lampić, również poszli spać – wtuleni w Guido siedzącego pomiędzy nimi.

A teraz mecz…
Skoczkowie opuścili swoje domy wczasowe w Będzinie, Sosnowcu i Dąbrowie Górniczej i przybyli na stadion. Trybuny były zapełnione po brzegi. Ojciec Bachleda jeździł zapożyczonym z prywatnego pola golfowego Rydzyka białym łazikiem i wymachiwał na wszystkie strony kropidłem. Na wszelki wypadek poświęcił jeszcze kilku skoczków (chlapiąc im z ręki w oczy), życzył oślepionym powodzenia i usiadł koło swego dyrektora w loży honorowej.
- Jesteś? Żyjesz? Nic wam nie jest? – Miś rzucił się na siadające obok niego dziewoje w postaci Ani i Alex.
- Ej, zaraz. – włączył się Georg. – Gdzie wy dzisiaj nocowałyście?
- Właśnie! – wystraszył się Neumi.
- Nie mów właśnie, bo cię Rohwein jajem trzaśnie! – przestrzegł go Hocke.
- U Szwajcarów… – rzekła niepewnie Alex.
- Super… – chłopcy siedli zrezygnowani na ławce.
- Ale spokojnie! – wydarła się Lex. – Dla bezpieczeństwa spałam między Simim i Bernim!
- No dobra. Powiedzmy. Miłość polega na zaufaniu. – cmoknął ją w polik i poszedł po wodę, mijając dziwnie zadowolonego Kittusia i wnerwionego Tonia – O. Chyba to widział…
- A Anka? – Mały Niedźwiadek (Neumayer) znowu się przestraszył. – Z kim Ania spała?!
- Z ciupagą :D – uspokoiła go koleżanka.
Tonio rzucił Alex niemiłe spojrzenie i poszedł się rozgrzewać.

Po 10 minutach:
Zrobiło się ponuro, była ulewa i wyłączono oświetlenie z powodu rozszalałej burzy. Tommy stał po środku z gębą oblepioną mokrymi kudłami.
- No nie! I całą wodę święconą diabli wzięli! – zmartwił się Marcin.
DJ Gucia wrzasnął przez mikrofon, że mecz został przełożony na dzień następny i zawodnicy weszli do szatni.
- Co ty se kurna myślisz?! – Tonio ryknął Alexandrze za plecami.
- O co ci chodzi? Nie rozumiem… – dziewczyna wzięła go na stronę.
- Co to miało znaczyć?
- Ale co??!!
- Georg!!
- Ło matko!! Ten znowu!! Przecież i tak mamy w planach rozwód!!
- Ja nie chcę!
- Ale ja chcę!
- Mnie to nie obchodzi!
- NIECH ZACZNIE!! – Alex odwróciła się na pięcie;
- Wyjdź za mnie TERAZ!! – rozdarł się Tajner tupiąc nogą.
- Dobra. Im szybciej tym lepiej! BACHLEDAAA!!!
Marcin zjawił się po chwili w asyście Rydzyka.
- Zebraliśmy się kurna tu… Aby połączyć tą parkę kruca fux! Świętym węzłem małżeńskim! Tak! Świętym jak cholera! Macie świadków?
- Nie.
- OK. Czy któreś z was jest przeciwne temu związkowi?
- Tak. Ja. Ale jedź dalej. – mruknęła Lex.
Powiedzieli sobie ‘tak’, sporządzili akt ślubu, a po chwili Alexandra Schmitt (tak, Schmitt. nie zmieniła nazwiska) na plecach odwróconego Georga pisała pozew o rozwód, z powodu, iż Tonio nie wywiązuje się z obowiązków małżeńskich :P
****************************************
W next odcinku:
+ Nowa praca Risto.
+ Drugi dzień meczu i pojawią się wszystkie dotychczasowe gwiazy telenoweli (mam tu na myśli was i waszych skaków :D)

- Skoczkowie tak mało zarabiają. Muszę sobie dorobić jakąś pracą dorywczą!
Risto wyciągnął z kieszeni różową futrzaną portmonetkę z wychaftowanym niebieskim rowerkiem i zaczął przeliczać gotówkę… po chwili rzucił się do drzwi i pobiegł do sąsiedniego sklepu, wystawionego na sprzedaż.
- Chcę to widzieć. – stwierdziła Anna i pobiegła za Ristem.
Wyleciała jak głupia na ulicę a tuż za drzwiami wpadła na jakiegoś przechodnia i wytrąciła mu z rąk bidon, z którego wylało się mleko… zresztą samego człowieka też przewróciła… i oboje legli na glebie w kałuży mleka (zajeżdżającego nie wiedzieć czemu likierkiem kokosowym).
Vellu zamarł w przerażeniu że właścicielka hotelu w którym mieszka odkryła właśnie jego największą tajemnicę – do mleka zawsze dolewał sobie malibu. I co teraz będzie jak ona oskarży go o niesportowy tryb życia?! Bigos…
- O niiieee… – zajęczał rozpaczliwie na myśl o tym i zrobił swoją klasyczną smutną, zawiedzioną minkę, jak po nieudanym skoku w Planicy 2003.
- Ojejku… Nie płacz proszę! Przepraszam, to było niechcący… Już dobrze, odkupię ci likierek dziecko… – przytuliła go i zaczęła kołysać.
Ze sklepu wylazł Jan Erik zaciekawiony jak idzie interes Jussilainena, ale natknął się na dwójkę niedorozwiniętych… a nawet więcej bo zaraz nadszedł Ber z Tommym.
- Ej chłopaki! Chono! – ze sklepu obok wyjrzał Risto i zawołał zgromadzonych. – Ten sklep duży jest i drogi. Ja mam tylko 26 złotych i 5 groszy! Nie stać mnie… Może wejdziemy w spółkę!
- O co mu chodzi? – spytał Bjoernik
- Sprzedają sklep obok i Risto chce zrobić interes. – odrzekł Jasiek
- Ahaaaaa. Ty! To dobre jest! – brat złapał brata za rękaw i pociągnął do sklepu… Za nimi powlókł się Ingi. A Ania i Vellu siedzieli dalej w kałuży.
- Chłopaki będziemy sprzedawać razem rowery!! – uradował się Risto
- Roweeery? – mruknął zawiedziony Ber – Coś ty koleś! Ja chcę sprzedawać ciuchy marki Rumuren!!!! To by był dopiero biznes!!!!!
- Boże… – Jan wyobraził sobie Bjerna otoczonego wieszakami z satynową, różową bielizną dla mężczyzn
- No dobra… toooo… pomyślmy… może to nienajlepsiejszy pomysł…
- Ja wiem co jest czaderskie!!! – ryknął Tommy – AVE HULAJNOGI! Rowery to przeżytek!!!
- CO?!!!!!!!!! – na samo słowo ‘hulajnoga’ Jussilainen dostał wysypki, wytrzeszczu a szczęka wypadła mu z zawiasów… Na szczęście obok przechodził doktor Kurzajewski, natychmiast podał choremu tabletki łagodzące te objawy i nastawił koparę. Wypisał też na miejscu receptę na leki uspokajające i podał Ristowi karteczkę z zaleceniami co do dawkowania.

Photobucket - Video and Image Hosting
To nie oddaje tego widoku w pełni xD

- Przejmujemy ten interes!!! – zarządził Jan, który też tak jak Ingebrigtsen obstawał za sprzedażą hulajnóg
- W porząsiu. Deal! – i skleili żółwia. – Spytajmy pana ile to kosztuje.
- 80 tys.
- Jasna cholera! – krzyknął Tommy (łamaną polszczyzną, żeby facet dokładnie zrozumiał). Doktor Kurzajewski wypisał mu receptę na lek antydepresyjny.
- Ja się w to nie mieszam! I nie pożyczę wam kasy, którą wygrałem w kasynie w Las Vegas! – Szadi poprawiając grzywkę pochwalił się swoim majątkiem – Założę własny biznes!!
- Ależ z Ciebie głupi bambus!
- I sknera!
- Weźmiemy na raty! Można, prawda?
- Oczywiście!
- W takim razie dzienne po złotówce!
- Oczywiście. Oto numer konta. Wpłacajcie codziennie ratę. Sklep jest wasz – rzekł właściciel i sobie poszedł.
- Hahahaha, i co bałwanie? Łyso Ci! – brat śmiał się z brata
- Jeszcze zobaczymy kto tu zrobi biznes! – rozwścieczony, zdesperowany Bjern walnął w łeb doktora wręczającego mu receptę, wybiegł na ulicę, potknął się o jakiś bidon, poślizgnął się na śmierdzącym likierze… zrezygnowany wyjął szpanerską komóreczkę i zadzwonił do…
- Cześć Mamusiu!… Pamiętasz te wisiorki co dla mnie robiłaś?… Słuchaj jest taka sprawa….

Photobucket - Video and Image Hosting

Co zrobi zdesperowany Rumuren? Jak potoczy się kariera handlowa Tommy’ego i Jasia? Oraz czy Pan Rowerek znajdzie sobie w końcu pracę związaną z jego życiową pasją… Tego wszystkiego dowiecie się… w przeciągu kilku następnych odcinków =]


  • RSS