...The second wicked part of Mleko...

Księga grzeszników



Linki









Minione grzechy
2007
maj
luty
2006
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec



Lay by Bolek Bachledka
27 (po kilku miechach...)

A następnego dnia...
Był pochmurny, sierpniowy poranek. Burzowe chmury zebrały się nad Zakopanem. Skierka i Maddin jeździli rykszą po okolicy i zostawiali na progu każdego domu słoiczki z dżemem... ale już nie szpinakowym. Ulepszonym ALKO-dżemem. I zbierali za nie opłatę pozostawianą pod wycieraczkami. Maddin brał właśnie ostry zakręt, gdy przed kołem śmignęło nagle małe, czarne, zakapturzone coś w płaszczu. Martin ryknął, szarpnął kierownicę, która się urwała i cała ryksza runęła na bok, miażdżąc jakiś kosz na śmieci. Skierka wyczołgała się z budy i zaczęła zbierać niepotłuczone słoiki. W powietrzu unosił się zapach dżemu truskawkowego ze spirytusem... Maddin próbował podnieść rykszę i przykręcić z powrotem kierownicę. Po chwili postać, która spowodowała owy wypadek minęła ich, a gonił za nią ojciec Bachleda z krzyżykiem w wyciągniętej ręce i zadartą sutanną spod której śmigały 2 czerwone adidasy z giełdy... Zaś te same... Powiewający na wietrze czarny płaszcz uciekającej postaci odsłaniał gołe, niesmaczne kształty jej ym... corpus christi... Ekshibicjonistka nawiała, a ksiądz Marcin zrezygnowany zawrócił, by pomóc rozbitkom.
- I pomyśleć, że ona uczyła mnie polskiego w budzie... – wystękał i klapnął na krawężniku.
- To wyjaśnia twoje uzdolnienia... – mruknęła Skierka i zdegustowana powróciła do babrania się w potrzaskanych, umazanych dżemem słoikach.
- Widziyliści TO?? – nad nimi stanął sierżant Przemek pokazał list gończy, na którym widniała karykatura... Tak im się wydawało. Jednak było to autentyczne zdjęcie z kroniki szkolnej, a przedstawiało ryło nauczycielki polskiego i podpis „WANTED dead or alive (better dead)”. – Mńy tyż uczyło... I tykie skytki... – westchnął policjant.
- Tam pobiegła. – wskazali palcami na ciemny las.
- Mugłem siem spodziwać... – pobiegł we wskazanym kierunku wrzeszcząc coś po niemiecku do krótkofalówki.
Marcin Bachleda niepostrzeżenie się zmył, a para w składzie Ania i Martin podnieśli pojazd i potoczyli go do domu.

Niespełna dwie godziny później naprzeciwko ‘Bachledówki’, przed posterunkiem zaparkował radiowóz. Alex wyjęła kluczyki ze stacyjki, wysiadła i otwarła drzwi z tyłu. Przemek wykopał z auta ekshibicjonistkę zapakowaną w biały kaftan z za długimi rękawami...
Sierżant dokonał rytuału fotografowania pojmanego więźnia, a następnie podniósł ją do góry za węzeł rękawów na plecach, rozkołysał i rzucił do celi. Ta jednak była zamknięta, Baćman wbił się w kraty, po czym odkleił się i runął na ziemię z głupawą miną... Co dość łatwo sobie wyobrazić, jeśli choć raz w życiu widziało się to na kreskówce... Chwilę później polonistka była już za kratami w towarzystwie przemiłego Bulwy skopanego przez Alex. Policjanci zasalutowali sobie po udanej akcji i wyszli z komisariatu zjeść jakiś obiad.
Nie zauważyli siedzącego w krzakach człowieka i przeszli obok gadając o czymś po niemiecku. Gdy się oddalili, Andrzej wyskoczył z krzewu dzikiej róży i wemknął się na posterunek. Stary alarm nie zadzwonił. Po kilku minutach Andrzej wyszedł spokojnie z komisariatu i ruszył na Krupówki, gdyż waśnie zbliżała się jego zmiana w sklepie muzycznym.
Po około dwóch godzinach na komisariat ściągnęło dwóch niemieckich policjantów.
- Yyy?? – sierżant wskazał palcem na celę.
Alex stanęła obok i spojrzała we wskazane miejsce. Na ścianach pełno poodbijanych krwawych śladów dłoni... Nagle jej oczom ukazały się dwie plamy krwi wielkości człowieka a pod nimi w nienaturalnych pozycjach leżeli: polonistka-ekshibicjonistka i Bulwa – niedoszły aktor. To ostatnie właśnie wydawało z siebie ostatnie tchnienie i wyraźnie bulgotało. Policjanci pochylili się nad tym, ale nic nie mogli zrozumieć. Nastąpił zgon.
***
Słońce chyliło się już ku zachodowi, a nadal nie było nic na kolację, więc rodzina Bachledów postanowiła ubić świniaka. Do tego celu Ania zamówiła swojego kolegę słynącego z destrukcyjnych umiejętności – Andrzeja.
Andi właśnie skończył pracę i nie minęło dużo czasu, jak zjawił się na miejscu dzierżąc w ręce ogromną brzytwę, którą codziennie się goli. Przeskoczył przez ogrodzenie zagrody dla świń i zaczął ganiać zwierzaki. Po chwili zagroda była już rozniesiona w pył i prosięta rozbiegły się po okolicy.
Ulicę Jagiellońską właśnie przemierzała Piggy. Różowe, futerkowe sadło wylewało jej się znad paska białych biodrówek. Pigi usłyszała dość słodki, przyjazny dla swoich uszu dźwięk. Tak, było to kwiczenie i chrumkanie przerażonych świń, za którymi biegł Andrzej śmajtający na wszystkie strony gigantyczną brzytwą. Dziołcha przestraszona na amen rzuciła się przed siebie w popłochu. Po kilku dość koślawych krokach jej obcasy uległy złamaniu pod ciężarem cielska. Pigi z hukiem runęła na deptak. Płytka chodnikowa pękła... Warchlaczki przebiegły po niej i zwiały w kierunku postoju taksówek.
- Ta jest idealna! – ryknął Andrzej i zaatakował leżącą brzytwą.
- Co tu się wyrabia? – zza zakrętu wyskoczył Andreas Küttel – O nie! Dama w opałach! Czas na TURBO TIME!! – wrzasnął, wyciągnął z torby strój supermana i zaczął gorączkowe poszukiwania budki telefonicznej. Zamknął się w jakiejś zdezelowanej i ku zdegustowaniu jakiejś dewotki wracającej z kościółka zaczął się przebierać. – Let’s party!! – zakrzyknął z podniesioną pięścią i staranował drzwi, które się... zacięły... Andi w stroju supermana zaczął się szamotać z drzwiami i z bezradnością obserwował jak Lecter dobiega do kwiczącej Piggy, unosi jej głowę za włosy i zręcznie zdejmuje skalp odsłaniając pomarańczową czaszkę (tak jej podkład przesiąkł). Po chwili zadał ostateczny cios brzytwą w krtań... Krew siknęła na ogrodzenie Bachledówki. Andrzej ucapił zwłoki i zaniósł je do kuchni.
- Co to ma być?!! – rozdarli się Adek i Kasia grający za ogrodzeniem w siatę, którzy zostali ochlapani czerwono-pomarańczowym płynem (we krwi też ma podkład).
- Nie no kruca moja trzódka!! – Marcin wybiegł z kuchni za Andrzejem – Ty sieroto spartoliłeś robotę pierunie jeden!! – ksiądz okładał łajdaka kropidłem po plecach. – Teraz je tu zagoń na zad! – rozkazał.
- Świnioki nawiołyy? – zaciekawiła się Kasia. – Ja pomoga!
- No coś ty! – zaśmiał się polski trener.
- Co chcesz? Jok Alex kiedytam pies pasterski podł, to jo osobiście jej pomogoom cieloki zagoniać! – pochwaliła się ślązaczka.
Marcin spojrzał na nią z uznaniem.
- Skoro tak to proszę bardzo! – rzekł i pokazał Mietkowi gdzie udały się prosiaki.
Kasia wydarła na ulicę, a Andi wrócił do kuchni, by pofiletować mięso i wyprawić skórę. Po chwili Miecia dogoniła konno championka western & rodeo i funkcjonariuszka policji konnej Alex Späth. A.S. złapała Kaśkę i pomogła jej dosiąść się na Furiata. Ruszyły cwałem w dół ulicy.
- Jak za dawnych czasów! – ucieszył się Mieć, zeskoczył z konia i z niepowtarzalnym rykiem zaatakował świnie.
Kiedy Alex śmigała na Furiacie między samochodami zaganiając trzodę stopniowo do Bachledówki, Mietek powalała kolejne prosiaki koło taksówek. Po parunastu minutach stadko ponownie było na posesji Bachledów.
Andrzej złożył dokładnie wyprawioną skórę i delikatnie wcisnął ją do torby. Następnie filet rzucił na patelnię. Mięcho zaskwierczało i wypłynęło z niego pół litra tłuszczu.
- Nawet nie trzeba na smalcu! – ucieszył się Andi i walnął obok jeszcze dwa filety.
- Co tak cudnie pachnie? – do kuchni wrócił Marcin i pociągnął nosem nad patelką. Od razu dostał po łapach, gdy próbował niepostrzeżenie podwędzić jeden kawałek.
- Teraz masz. – po kilku minutach Andrzej ukroił trochę i podał księdzu na widelcu.
- To jest pyszne! – zawył ojciec. – Smakuje jak... jak... no zupełnie jak ludzkie!!
- Jakie? – Andrzej zadławił się.
- Ludzkie!
- Ale to świnia...
- Jaka tam świnia! Raczej denat! Dobrze znam ten smak! – wykłócał się proboszcz.
- Eem... A skąd jeśli można wiedzieć? – morderca zadał podchwytliwe pytanie.
Marcin na chwilę się zawiesił, po czym odłożył widelec i wyszedł z kuchni. Andrzej niedowierzając wziął do ręki kilka kości, potem czaszkę... Z rykiem przerażenia rzucił nimi o podłogę. Zabijać to jedno, ale jeść to drugie! Pozbierał kości do torby, którą następnie wrzucił do rzeki koło dworca.
- Jezu! Mięso zostawiłem na patelni! – przeraził się i pomknął na zad do ‘Bachledówki’. Gdy wbiegł do kuchni, z przerażeniem stwierdził, iż mięso zniknęło... Z kąta dobiegło mlaskanie. – Tyyy?? Nie powinieneś teraz roznosić ulotek? – zagadał do Rodaka wcinającego ludzkie mięso. Ten przestał na chwilę mielić gębą i spróbował się zastanowić. Dlatego z uszu buchnęła mu para. Mózg zaczął mu się przegrzewać, więc zakończył proces myślenia i powrócił do pałaszowania. Andrzej pokręcił głową. – Ej, na posterunku mają tego mięsa więcej jakbyś chciał. – rzucił i wyszedł.
***
Gdzieś w budce telefonicznej...
- Wypuśćcie mnie stąd!!! – Andreas rzucał się w budce i próbował zwrócić na siebie uwagę ludzi dobrej woli. Bezskutecznie. Nagle usłyszał, że coś zahałasowało na podłodze za nim. Poczuł na szyi ciepły oddech. Odwrócił się i zobaczył STEFĘ!
- A na chórze to cię wczoraj nie widziałam! – usłyszał.
- Bo... bbo jaaa... – zaczął się jąkać. Pociągnął drzwi z bara, budka się przewróciła, szklane ściany poszły i Andi się wydostał. – A co pani psor tu robiła!! – wróciła trzeźwość umysłu. Ona go widziała jak się przebierał...
- Ja? Ja tu byłam jak ty wpadłeś tu sieroto! I nas zatrzasnąłeś! – zaczęła drzeć się swoim słynnym donośnym głosem.
- I widziała pani psor... jak...
- Widziałam. – puściła mu zalotnie oczko. Andi przełknął głośno ślinę i zwiał.


grzeszne-mleko 2007-05-09 21:53:29
skomentuj (9)